wtorek, 5 maja 2009

Jedyne co może zrobić każdy z nas- pamiętać

-Może chcą panie herbaty lub kawy?- zapytał pan Józef Walaszczyk ubrany w garnitur, siedzący przy stole z ciemno brązowego drewna. Dorota nerwowo poruszyła się na krześle:
-Chętnie, poprosimy.
Pan Józef zniknął za drzwiami, a ja zaczęłam rozglądać się po pokoju. Ciemno brązowa drewniana podłoga idealnie komponowała się z jasnym dywanem. Ciemna skórzana kanapa, regał, stół i krzesła- wszystko z jednego kompletu, jakby ktoś zaprojektował je właśnie dla tego mieszkania, dla jednego człowieka. Myślałam, że w tym mieszkaniu na czwartym piętrze będzie dużo obrazów na ścianach, półkach, kilka starych sprzętów opowiadających o właścicielach pokoi. Niczego takiego nie znalazłam. Może jest to wynikiem trybu życia pana Józefa? W wieku 90 lat prowadzi samochód, własną firmę zajmującą się kaletnictwem, pisze książkę o swoim życiu i sam dba o swoje potrzeby.

Na regale znajdującym się między drzwiami a oknem, każda książka miała swoje miejsce, była niezastąpioną częścią idealnej całości. Pan Józef opowiadał nam jak przeżył dzięki szczegółom [1,2,3] oraz jak one były przyczyną jego upadków [4]. Przy każdej okazji przypominał nam, aby nigdy nie tracić wiary, że się uda i nie poddawać się [6]. Nie tylko wojna była dla niego ciężkim okresem- wiele razy później próbował otworzyć na nowo swój własny biznes.
-To Żydzi nauczyli mnie interesów i to jeszcze przed wojną.- wspomniał [5].

Z pozoru wydawało mi się, że mieszkanie to nie pasuje do starszej osoby. Uważałam, iż powinno wyglądać inaczej. Inaczej też powinien wyglądać świat siedemdziesiąt lat temu i inna powinna być historia nie ocalonych przez Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata. Niemożliwym jest cofnięcie tego co się wydarzyło, nie możemy znaleźć się w przeszłości. Nie należy też pozostawać obojętnym wobec historii, dlatego jedyne co może zrobić każdy z nas to pamiętać.

-Maybe, would you like some tea or coffee?- asked Mr. Józef Walaszczyk dressed in a suit. He was sitting at a dark brown wooden table. Dorota moved nervously on the chair:
-With pleasure, thank you.

Mr. Józef disappeared behind the door and I started to look around the room. Dark brown wooden floor went ideally with light carpet. Dark leather sofa, furniture set. Someone should designed this room for one man. I suspected to find stuff telling about owners of the room, many pictures on the walls, shelves in that room on fourth floor. I did not find anything like that. Perhaps it is because of Mr. Józef way of living? At 90th year old he drives a car, beads his leather-working firm, writes books and cares about himself.

Every book had its own place, was a irreplaceable part of perfect totality on a bookcase placed between door and window. Mr. Józef told us how he survived because of details [1,2,3] and how they were the reason of his failures [4]. At every opportunity he reminded us to never lose faith that it will be all right and to never give up [6]. The war was not the only one hard stage in his life–later he tried to open again his own business.
- About business I learned from Jews and it was just before the war.- he [5].

Firstly I thought this flat does not fit to an elderly person. In my opinion it should look different. Also the world should look different 70 years ago and the history of unsaved people through The Righteous Among the Nations. To retract this what happened is impossible, we can not find ourselves in the past. We also shouldn’t remain indifferent to history, so to remember is the only one thing which everyone of us can do.

czwartek, 16 kwietnia 2009

Kocioł rewizyjny.


Nauka to katorga. Ale co jeżeli ona ocali Ci życie? Pan Józef chyba nie lubił niemieckiego. Wydawałoby się, że do niczego mu się nie przyda. Nauczycielka niemieckiego była bardzo surowa i ostra. Po tylu latach Józef Walaszczyk cieszy się na myśl o niej, bo wie, że jakiś dobry anioł mu ją zesłał. Spytacie mnie co ma ten język do historii naszego Sprawiedliwego. Oto fragment wspomnień, których słuchałam:
- "Byliśmy razem z Ireną u mojej chorej matki na ulicy Żurawiej। Niemcy zrobili kocioł rewizyjny. Zamknęli dom. Wyjścia nie było. Podjąłem decyzje. Ubrałem się w skórzany płaszcz, zielony kapelusz i trzymając pod pachą niemiecką gazetę, z tupetem wyszedłem na schody, głośno mówiąc po niemiecku (a władałem niemieckim biegle). Irena nie znając niemieckiego mówiła: Ja, Ja. Na schodach, w bramie i na ulicy pełno było Niemców. My szliśmy między nimi i jakoś szczęśliwie wydostaliśmy się z zasadzki. Czasami bezczelność dawała skutek."
Learning is hard labour. But what if it will save your life? Probably Mr. Józef did not like German language. It would look like it will not be useful for anything. The teacher of German language was very stern. After the years Józef Walaszczyk is happy when he thinks about her because he knows that some good angel sent her to him. You will ask me why this language is important in our Righteous history. This is a fragment of memories which I listened to:
-“We were together with Irena at my sick mother at Żurawia Street. The Germans did raid. They closed the building. There was no entrance. I took a decision. I got dressed in my leather coat, green hat and with a german newspaper in my hand. I boldly walked out, down the stairs talking aloud in german(which I spoke fluently). Irena did not know German but she was saying: Ja, ja. There were many Germans everywhere on the streets, in the gate and stairs. We were walking between them and happily got out of ambush. Sometimes insolence gave results.”

wtorek, 14 kwietnia 2009

Wanderer - czyli zamiłowanie do samochodów.

Czasem zastanawiam się czy aby P.Walaszczyk za często nie wystawiał się na niebezpieczeństwo. Ota jedna z historii która pokazuje, że Pan Józef w młodym wieku, jak to każdy chłopiec uwielbiał auta, a gdy nadarzyła się okazja, umiał ją wykorzystać.
- "Jeżeli chodzi o samochody to miałem taki przypadek. Przyjechał na kontrole fabryki Niemiec z województwa. Przyjechał pięknym, sportowym samochodem - Wandererem. Dałem kielicha kierowcy tego Niemca, zabrałem kluczyki. Chciałem się przejechać polną dróżką, ale zaryłem w piach. Od majątku było daleko... jakieś 2 km. Myślałem żeby końmi mnie wyciągnęli, ale mogło to za długo trwać i właściciel mógłby się zorientować. No więc podkładałem dywaniki pod koła. Trwało to z pół godziny, ale jakoś wyjechałem. Wracam, a ten Niemiec stoi z pistoletem i krzyczy: "Ja Cię zastrzelę! Zabrałeś mi samochód do partyzantów!". Kierowca stał blady... Ja byłem bezczelny więc mówie mu: "To jest tak piękny samochód, że nie mogłem sobie odmówić przejażdzki". No ale "volksdeutsch" był po dobrym obiedzie, więc jakoś uszło mi... Pojechali. Ale co stało się z tym kierowcą to nie wiem. Można się było narazić..."
Pan Józef Walaszczyk opowiadał nam tą historię z uśmiechem. Po tylu latach, wydaje się ona nawet zabawna. Ale czy wtedy Panem Józefem nie targały emocje w środku? Musiał czuć strach lecz nie dał po sobie tego poznać. Warto było narażać się tylko dla tej jednej przejażdzki? Dla młodego mężczyzny na pewno tak. To tylko jedna z takich opowieści w których nasza postać igra z losem. Ale poznawszy tego człowieka wiem, że niczego on nie żałuje.
Sometimes I think whether Mr. Walaszczyk too often exposed himself to danger. There is one story that shows how Mr. Józef at young age loved cars like every boy and he made the most of opportunity.
-“As regards cars I had an event. One time a German from province arrived to control the factory. He got out from a beautiful sports car Wanderer. I gave a drink of alcohol to the driver of German and I took the keys. I intended to have a ride on path in a forest, but I have got stuck in the sand. That was far away from possessions about 2km. I thought- maybe by horses they could pull me out but it could take too much time and the owner would see what happened. So I was putting rugs under the wheels. It took about half an hour but I’ve managed. I came back and saw that German standing with a gun and shouting “I will kill you! You took my car to partisans!”. The driver was pale.. I was impertinent so I said: “It is such a beautiful car that I could not deny myself a ride.” But a “volksdeutsch” had a very good dinner so I got away with it… They went. What happened with a driver, I do not know. One could expose me to danger…”
Mr. Walaszczyk told us this story with a smile on his face. After so many years it sounded even funny. Could Mr. Józef possibly feel strong emotions inside? He must have had fear but he did not show it. Was it worth to expose himself to danger only for sake of one ride? Surely yes to - a young man. That is only one of the stories where our figure play with fate. When I got to know this man I understood he did not regret anything.

Jestem uparty i to mi pomogło.

Codziennie musimy zmierzyć się z przeciwnościami losu. Jak to się dzieje, że niektórzy z nas mają wewnętrzną siłę, aby zmierzyć się z tym co trudne, może nieraz nawet niezrozumiałe dla nas. Dzięki rozmowie z Panem Józefem Walaszczykiem zrozumiałam, że wszystko czego doświadczam w życiu ma sens. Przecież wiadomo, że człowiek uczy się całe życie. Powinniśmy korzystać z doświadczenia takich ludzi jak Pan Józef.
- "Bo ja nigdy się nie poddawałem. I ja mam taką naturę, że jak jakiś problem jest, to u mnie w moim komputerze od razu następuje myślenie jak z tego wyjść, jakie są rozwiązania. Taką mam naturę - upartą".
Gdy usłyszałam te słowa, pomyślałam, że w dzisiejszych czasach dużo młodych ludzi jest upartych, ale czy to wynika z tego, że chcemy coś w życiu osiągnąć czy po prostu musimy pokazać dorosłym "jeszcze" swoją dziecinną naturę? Młody człowiek szuka sposobu by zrozumieć czego chce od nas życie. Straszną wiadomością jest, że takich ludzi jak nasz Sprawiedliwy, takich przykładów wspaniałej osobowości jest coraz mniej. A myślę, że lekarstwem dla młodzieży są właśnie takie rozmowy z takimi ludźmi. Nic nie stracimy, za to wiele zyskamy. Mi osobiście ta rozmowa pomogła w życiu, bo zaczęłam na nie patrzeć z innej perspektywy. Tak jak Pan Walaszczyk, chcę kiedyś cieszyć się z tego jak przeżyłam to, co zostało mi dane.

Everyday we must face adversities of fate. How it is that some of us have inner strength to face with difficulties even sometimes unintelligible. Thanks to dialogues with Mr. Walaszczyk I understood that everything in my life makes sense. We know that during our whole life we are learning. We should take advantage from his experiences.
-“For I never gave up. I am such a person who seeks solution when I face problem. I have stubborn nature.”
When I heard these words I thought that in these days many young people are stubborn but what are theirs motives, intentions? Do we want to achieve something in our life or do we want to show to adults our “still” childish nature? A young man seeks a way to understand what life wants from us. A sad news is that there are very little people like our Righteous, wonderful person. I think that dialogues with such people are like cure for youth. We have nothing to loose but we can much achieve. For me personally, the meeting with Mr. Walaszczyk helped a lot for I began to see my life from other perspective. As our hero I would like to be glad from what I have experienced in my life.

niedziela, 5 kwietnia 2009

Interesy przy placu Grzybowskim 10

-A interesów to mnie nauczyli Żydzi.-powiedział pan Józef.

"Kupowałem worki dla fabryki przed wojną na placu Grzybowskim 10 [1], w takiej bramie. Ta brama wciąż istnieje. I po jednej stronie był jeden hurtownik Żydowski, a po drugiej stronie drugi. Ja zawsze kupowałem od tego po lewej. Kiedyś wychodzi do mnie ten z prawej przed bramę i mówi do mnie:
-Proszę pana, moze pan ze mną porozmawia.
-Proszę bardzo.
-Proszę pana, pan jest z fabryki, pan kupuje tutaj worki, pan płaci złoty dziesięć.
-Tak zgadł pan.
-Ja panu policzę złoty, dobrze? Wie pan, panu 10 groszy...

Ja sobie myślę tak: ' No na 1000 worków to ja już jestem dobry jak po 10 groszy...'. Więc przeniosłem się do niego i miałem,
ale co prawda, kuzyn mnie nakrył."

http://www.warszawa1939.pl/strona_2.php?kod=grzybowski_10_2_a

http://fotoforum.gazeta.pl/72,2,746,78933243,79055047.html

-About business I learned from Jews-said Mr. Józef.
“I had been buying sacks from factory at Grzybowski Square 10 [1] before the war. It was at the gate that still exists. On one side was one wholesaler and on the other side the other wholesaler. I always had been buying from the one on left side. One day came to me the second wholesaler and said:
-Could you speak with me?
-Yes, of course.
-Sir, you are from factory and you buy sacks here paying 1,10zł.
-Yes, it is.
-I will sell you for 1zł, ok? You know, for you 10gr…
I think: ’For 1000 sacks I would be glad, 10gr…’ So I changed wholesaler and I had, but saying truth my cousin discovered that.”

sobota, 4 kwietnia 2009

Kilogram złota

"Do mojego mieszkania na Kruczej Irena przyprowadziła swoją piastunkę- Helenę Torbeczko i koleżankę Annę Starzewską- obie były Żydówkami. Pomimo mojego zakazu, be beze mnie nie wychodziła do miasta, Irena poszła na spotkanie z ukrywającą się młodzieżą żydowską.
Wszyscy zostali aresztowani przez gestapo. W czasie transportu Irena przekupiła brylantowym pierścionkiem niemieckiego policjanta i dała mu kartkę z numerem telefonu mojego kolegi. Dzięki przekazanej tą drogą informacji, rano następnego dnia byłem już w Warszawie i poprzez przyjaciół z podziemia dostałem kontakt do ojca mojego kolegi- p. Klimowicza, który był mężem Niemki- córki pastora p. Kilchena. Pan Klimowicz, decyzją AK pracował w gestapo.
Zatelefonowałem do niego, a on wezwał mnie do biura, zbadał sprawę aresztowanych, stwierdził że prócz Ireny jest aresztowanych 20 osób. Sprawa nie trafiły jeszcze do Wydziału i prowadzący ją powiedzieli panu Klimowiczowi, że mogą dokonać jeszcze przekwalifikowania i wypuścić na wolność całą grupę- 21 osób. Ceną za tę 'przysługę' był 1kg złota w wyrobach jubilerskich, który miałem dostarczyć na ul. Kruczą 34 do godziny 17.00. Po dowiezieniu 'okupu' całą grupę uwolniono."
Pan Józef Walaszczyk przerywa na chwilę, marszczy czoło- "W pięć godzin miałem zorganizować kilogram złota w wyrobach."

"Nazajutrz sprzedałem kawalerkę i kupiłem mieszkanie, przy ul. Emilii Plater 17, w wilii na I piętrze. Na parterze mieszkało małżeństwo Compa- folksdojcze- tancerze w niemieckim nocnym lokalu. By moje podopieczne nie 'wałęsały' się po mieście przyjąłem gosposię."

“To the apartment At Krucza street Irena brought Her nanny , Helena Torbeczko and her friend Anna Starzewska; both of them Jewish. In spite of my ban that without my permission they shouldn’t go to the city, Irena went to the meeting with hiding Jewish youth. All of them got arrested. At the same time Irena bribed a German policeman with a diamond ring and gave him a phone number of my friend. This way I got the information and early morning the next day I was already in Warsaw and got the contact with a father of my friend, Mr. Klimowicz a husband of a German pastors daughter, who was made to work for Gestapo.
I called him and he checked the problem of the arrested group. The main quarters still didn’t got the trial and Mr. Klimowicz was told that the qualification of the group can be done again, for what I need to pay 1 kg or gold which I was told to bring to Krucza street 34 by 5 pm. After that the whole group was released. “
Mr. Joseph stopped here and frowned his forehead – “I had to organize 1 kg of gold within 5 hours. “

“The next day I sold my flat and bought another at Emilia Plater Street 17 in a villa at the first floor. On the ground floor there was a couple Compa, a folskdeush dancers in a German night club. In order that my friends will not go to town I employed a housemaid. “

piątek, 20 marca 2009

Spontaniczna pomoc w 1940- od tego się zaczęło

"Z przyjaciółką Ireną byłem w pensjonacie na ul. Żurawiej 15. O północy wpadło na kontrolę gestapo. Wtedy Irena przyznała się, że jest Żydówką i nie ma żadnych dokumentów. Schowałem ją do szafy, a sam symulując niedyspozycję żołądka- jęcząc, na wpół zgięty wręczyłem Niemcom dokumenty i udałem się do toalety. W momencie, kiedy przyszła kolej na penetrację mojego pokoju, kierowniczka pensjonatu potwierdziła, że mnie zna, że zatrzymuję się u niej kiedy przyjeżdżam z fabryki. Udało się- Niemcy nie weszli do pokoju. Rano schowałem Irenę Front w mojej kawalerce, przy ul. Kruczej 34. Pojechałem do fabryki- majątku i tam, w gminie kupiłem dla niej aryjskie dokumenty, sięgające 3 pokoleń wstecz na moje nazwisko, w których Irena figurowała, jako moja żona."

“I was at the pension on Zurawia street 15 with my friend Irena. At midnight the Gestapo got in for control. Then Irena confessed that she was a Jew without any documents. I hid her in a wardrobe. I pretended strong stomach-ache, so moaning out of pain I showed my documents to the German then I bent down and crawled to the toilet. At the moment when they wanted to control my room, the headmaster of that pension came in and assured them that she knows me and that I’m always staying over night after returning from my factory. We have managed because the Germans didn’t come to my room. The next day I hid Irena Front in my small apartment at Krucza street 34. Then I went to the factory and there in the community I bought for her Aryan documents which reached three generations back to my surname, and she was written as my wife.”

wtorek, 17 marca 2009

Pociąg, bagaż, policja niemiecka i zapach śmierci

"1942 rok. Wracałem z Warszawy do Nowego Miasta nad Pilicą kolejką wąskotorową. Był koniec marca, na polach leżał śnieg. Gdy pociąg wjechał na stację w Nowym Mieście, okazało się, że jesteśmy otoczeni przez policję niemiecką, pod dowództwem Gestapo, którym kierował 'polakożerca' Hofman. Zostały zarekwirowane wszystkie bagaże i zatrzymani wszyscy pasażerowie. Na komendzie miała nastąpić dokładna kontrola bagaży i ich właścicieli.

Ja miałem dużo bagażu dla domu i fabryki oraz dla wujka z AK (Armia Krajowa). Raptem podniósł się alarm, że zginęły wszystkie moje pakunki. Poszukiwania, rewizje całej stacji nie dały rezultatu. Zostałem posądzony, że mam trefny bagaż i spółkę ze złodziejami. Wzięli mnie na poczekalnię, przesłuchiwali, bili, kopali, okładali mnie płazami bagnetów- nic nie wydusili, więc kazali biegać po śniegu i strzelali z karabinów maszynowych pod nogi i nad głową, krzycząc, że przestaną wtedy, kiedy powiem, kto jest moim wspólnikiem.
Ponieważ i to nie poskutkowało, urządzili 'rozprawę sądową' i skazali mnie na śmierć. Wyznaczyli pluton egzekucyjny, dali instrukcje -dowodzący będzie liczył 'raz, dwa, trzy- pal' i opuści szpicrutę. Chcieli mi zawiązać oczy i odwrócić tyłem do luf, oświadczyłem, że będę stał spokojnie. Oddałem ducha Bogu i tylko najbardziej bolało mnie, że na to wszystko patrzy moja matka, która przyjechała po mnie powozem na stację. Hofman doliczył do dwóch i nagle wykrzyknął 'halt!' i głośno oświadczył, że 'taka śmierć jest dla mnie za lekka, ja porozmawiam z tobą na komendzie a potem wyślę cię do Oświęcimia'. Został sformowany pochód na komendę, ja szedłem w pierwszej czwórce. Wtem zajechał nam drogę policyjny motocykl i kierowca wręczył Hofmanowi pismo. Ten przeczytał, zaklął, i podszedł do mnie mówiąc 'mam cię zwolnić, ale pamiętaj, że gdziekolwiek cię spotkam, tam cię zastrzelę, a do Nowego Miasta nie masz wstępu'.

Kulisy zdarzenia były takie: Na dworcu była też obstawa AK, która miała chronić ważną przesyłkę - z mojego bagażu i to ona wyprowadziła moje pakunki.
Moja matka w czasie 'przesłuchiwania' mnie na poczekalni dworcowej zadzwoniła do nadzorcy niemieckiego Bezirkslandwirtsa p. Albrechta, który sprawował kontrolę nad majątkiem i fabryką. Był starszym, inteligentnym i bardzo dobrym człowiekiem. Znał mnie dobrze, bowiem z racji bardzo dobrej znajomości niemieckiego, przyjeżdżałem do niego ze sprawozdaniami. Ten właśnie człowiek uzyskał moje zwolnienie i 'ucieczkę' przed śmiercią."

„1942. I was returning from Warsaw to Nowe Miasto at Pilica river by a subway. It was the end of March, so there was still snow on the fields. As the train arrived at the station of Nowe Miasto it turned out that we are surrounded by the German police, under the Gestapo which was led by a ‘pole-eater’, Hofman. All passengers were retained and the luggage requisitioned. At the headquarters all were going to be exactly controlled as well their luggage.

I had a lot of luggage for my home and the factory and things from my uncle from AK (The National Army). Suddenly the rumor was raised that all my lagguage had disappeared. The precise search everywhere at the train station didn’t help at all. So I was accused of an non-kosher lagguage and that i’m In the commete with the thieves. So I was taken to the waiting room and was beaten, kicked and whiped with their bayonets, but I didn’t say anything. So I was forced to run in snow as they were shooting me at my feet and above my head, yealling that they will stop if i atmitt who is my partner.
Since they didn’t achieved anything, they organized a trial and i was sentenced to death. They prepared a firing party, gave instructions who will count to three and will kill me. They wanted to cover my eyes but I said that I will stand still. So I gave myself into the hands of God and the only thing that hurt my was the thought that my mother who came with the carriage to meet me at the train station had been witnessing to all of that. Hofman counted till two and at that moment he yelled “stop!” and declared that I don’t deserve such an easy death, that he will talk about me and send me to Ośiwęcim. We were formed into rows of “four” and I was in the front row. Suddenly a police motor rode across our group and the driver handed a letter to Hofman. He read it, said a curse, approached me and said: ‘I have to release you, but remember, wherever I will meet you I kill you and to Nowe Miasto you are not allow to come anymore'.


Here is the background of that story. There was a guard from the AK (National Army) at the train station, which was appointed to protect an important parcel from my stuff and it was them who took all my luggage.
As I was in the waiting room for the investigation, my mother called to the German headmaster of Bezirkslandwirtsa Mr Albrecht, who was the controller over the factory and the land. That was and elderly, very good and intelligent man. He knew me well and because of my ability of speaking German I usually brought to him the reports. This man obtained the permission of my relief and my ‘refuge’ from death."

poniedziałek, 16 marca 2009

Moi magiczni ludzie

"Prześladowani"

Przygnębieni...
Otaczani nienawiścią,
Kochamy się wzajemnie.
Wybaczamy.

Cierpiący...
Otoczeni wrogami,
Poszukujemy siły w Bogu.
Uciekamy.

Szczęśliwi...
Otoczeni światłem.
Pełni radości.
Wysłuchani,
Zapomnieni.


Ten wiersz powstał, gdy pisałam pracę do konkursu "Moje magiczne miejsce". Wybrałam cmentarz Żydowski w Warszawie na Targówku [1] . Płakałam, gdy z tatą oglądaliśmy pozostałości po tylu ludziach mieszkających w stolicy przed Pierwszą Wojną Światową, a także podczas niej. Niektóre daty na połamanych, za sprejowanych napisami antysemickimi, obrośniętych roślinami, schowanych prawie całkowicie w ziemi macewach (Żydowskich nagrobkach) mówiły mi o ludziach, którzy po przeżyciu pierwszej wojny stawali się świadkami drugiej i w młodym wieku umierali. Czułam nienawiść i wściekłość dla siebie oraz innych mieszkańców Targówka za obojętność jaką darzymy okres prześladowań.

Zaskakującym widokiem był pomnik, znajdujący się w środku cmentarza. Okrągłe podwyższenie okolicznym mieszkańcom służy za miejsce spotkań. Liczne puszki po piwie, butelki po alkoholu, ludzie spacerujący z psami... O to jak okazujemy szacunek zmarłym. Macewy otaczające pomnik pełne były napisów antyżydowskich wysprejowany przez okolicznych chuliganów. Wiedzą, że to cmentarz Żydowski. Uczą się o holokauście, mają styczność z Żydami i ich kulturą- mimo to nadal ich przeklinają, lekceważą. Czy to możliwe, aby tak szybko zapomnieli o obozach koncentracyjnych, eksterminacji, prześladowaniach, gettach? A może nigdy nie chcieli pamiętać?

“Persecuted”

Depressed…
Surrounded with hatred,
We love each other…
We forgive,,,

Suffered,,,
Surrounded with enemies
We are seeking the strength in God
We fleeing.

Happy…
Surrounded with light,
Full of joy,
Heard,
Forgotten.

This poem came into being as I was writing my competition essay “My magic place”. I chose the Jewish cemetery on Targówek [1]. I war crying as together with my dad we were looking at the remains of those people who lived in Warsaw before and during the First World War. Some of the macewas (the Jewish gravestone) were broken into pieces or had written anti-Semitic inscriptions, some were hidden in the ground covered with old plants. As I tried to read the dates, I found out, that people who survived the first war, witnessed to the second war and had died early - still in their youth. I felt hatred and anger at myself and other inhabitants of Targówek, because of that indifference towards the persecution period.

I was surprised seeing a monument at the centre of the cemetery. There was a round stone which was used as a place of meeting for local people. Many tins, vine bottles, sign of the dogs visits…this was a picture of the reverence that we show towards those who died? Again the macewas were painted with anti-Semitic inscriptions written by local hooligans. They know that this is a Jewish cemetery; they learn about the holocaust and have even contact with the Jews and their culture – in spite of this they still ignore and curse them. Is it possible that they so easily had forgotten about the concentration camps, extermination, persecution and ghettos? Or maybe they never wanted to remember?